Czas na kolejną (mam nadzieję bezpieczną dla zdrowia) porcję mydlanej opery w wykonaniu Videl. nie będę dużo mówić, bo nie ma o czym. Może tylko tyle, że pokusiłam się o nowe opowiadanie...Jakby ktoś miał ochotę, zapraszam na http://jasira.mylog.pl". Tego...no, ten.
Za każdym razem, gdy zostawała sama, odpływała gdzieś daleko. Wszystko tak nagle się zmieniło. Nie potrafiła tego określić. Piotr, ten, który wniósł do jej życia tak wiele. To musiało być zrządzenie losu. Takie rzeczy się przecież nie zdarzają. Przez chwilę podejrzewała Aslana o jakąś ingerencję w tę sprawę, ale potem odpędziła tę myśl, niczym osę od porcji waty cukrowej. Przecież tak długo nie dostała żadnego znaku. Czyżby Lew o niej zapomniał? Próbowała rozmawiać na ten temat z Łucją, ale ta też nie wiedziała, dlaczego wszystko toczy się tak, a nie inaczej. Oczywiście zrezygnowała z opłat za lekcje. Czułaby się wyjątkowo niekomfortowo, dostając pieniądze od rodziny Pevensie. Lekcje z Łucją były dla niej czymś więcej niż zwykłym kursem. Były ucieczką od problemów codzienności. Mogła powiedzieć, za czym tęskni, mając tę pewność, że Mężna nie weźmie jej za wariatkę. Właśnie... Piotr, ostatnio bardzo polubił odbieranie i przyprowadzanie siostry na lekcje, a czasami zostawał nawet, by popatrzeć, jak sobie radzi. Łucja miała oczy i widziała, że patrzy na Juliet jak na najcudowniejszą rzecz na świecie. Od czasu przypadkowego spotkania myślał o niej jeszcze częściej, niż zwykle. Jednak nie rozmawiał z nią. Może czuli się skrępowani całą sytuacją? Cały czas, gdy byli blisko siebie, spoglądali ukradkowo i wymieniali niepewne uśmiechy. Panna Shirley miała do siebie żal z jednego tylko powodu, a mianowicie nie mogła przeboleć, że sprawy z Danielem zaszły tak daleko. Wiedziała, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Zawsze miała do niego słabość, jednak wiedziała, że to jednak nie to. Unikała go teraz jak ognia. Wszystko, by zapomnieć o tamtym wieczorowym zajściu. Nie wyobrażała sobie nawet rozmowy z nim na ten temat. Wiedziała, że w kokonie niezależności i siły kryje się wrażliwy romantyk. Tego bała się najbardziej, że go zrani. Był wspaniałym przyjacielem, lecz tylko przyjacielem. Obawiała się, że ta jedna chwila zapomnienia może kosztować ją utratę magicznej więzi. Po kilku dniach uciekania od rozmów z chłopakiem, sytuacja wymknęła się spod kontroli. Juliet zaczęła go wręcz chorobliwie unikać. Od razu zauważył, że coś jest nie tak. Zaskoczył ją niezapowiedzianą wizytą, tak, że nie mogła się od niczego wykręcić.
-Co się z tobą znowu dzieje? Jesteś jakaś dziwna – stwierdził – Znowu zamknęłaś się w sobie i mam wrażenie, że po tym, co się stało zaczynasz mnie unikać.
-To nie powinno się wydarzyć, dobrze wiesz – powiedziała twardo.
-Dlaczego chcesz popsuć coś, co mogłoby przetrwać wszystko? - zapytał z lekkim wyrzutem.
Nie, tylko nie to. Nie to pytanie. Tak bardzo nie chciała, żeby padło, jednak Daniel nie lubił owijać w bawełnę. Odkąd tylko pamiętała, stawiał sprawy jasno. Szkoda, że ona nie miała takiego talentu i nie umiała być tak bezpośrednia. Teraz wiedziała, że nie zdoła przed niczym uciec.
-Przecież ci mówiłam, zanim....
-Kłamałaś.
-Nie, Danielu. To nie było kłamstwo. Doskonale wiedziałeś, że tego nie chciałam.
-Osoby niechcące pocałunków, nie odwzajemniają ich – rzekł nieco sarkastycznym tonem. Dawno go takiego nie słyszała.
-Daniel! Nie! - wykrzyknęła – Powiedziałam ci jasno, że nie chcę cię skrzywdzić. To był tylko jeden wieczór, fakt, może o jeden za dużo.
-Dla ciebie to tylko wieczór, a dla mnie jedna z najwspanialszych chwil w życiu. Nie pomyślałaś nad tym, prawda?
-Mówiłeś mi wtedy, że nie obchodzi cię, co będzie potem...
-Bo inaczej nie doszłoby do niczego.
-Czyli udawałeś? - popatrzyła na niego przenikliwie.
-Być może, ale ty udajesz cały czas. Zastanów się nad swoją grą i powiedz mi wreszcie, o co idzie, bo się pogubiłem.
-Chodzi o to, że za bardzo cię lubię i szanuję, żeby być z tobą bez...bez...- nie umiała dokończyć.
-Bez miłości?- wyręczył ją – dobrze wiesz, że zawsze będę szanował twoje decyzje i twoje głupstwa także.
-Nie musisz być tak brutalny w wyrażaniu myśli – odrzekła bez zastanowienia.
-Powiedz, Jul, dlaczego? Co robię nie tak?
-Nie to, że nie tak, ja po prostu... - próbowała znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie, a Daniel chwycił ją delikatnie za ramiona i minimalnie przybliżył swoją twarz do jej.
-Co po prostu? - szepnął jej do ucha.
-Proszę cię... - odpowiedziała równie cicho.
-Wiesz, gdzie mnie znaleźć – przegarnął palcami włosy Juliet, złożył na jej ustach subtelny pocałunek, odwrócił się i odszedł..
W oku dziewczyny zakręciła się łza. Gdy tak patrzyła, jak idzie. Z pewnością nie był zwykłym chłopakiem, miał w sobie coś, czego nie miał żaden inny. Przez chwilę nie rozumiała samej siebie. Ta jego siła, opanowanie. Jeszcze nigdy nie czuła się tak rozdarta. Miała ochotę pobiec za nim i jakoś go zatrzymać, ale zrezygnowała. Dopiero teraz, od dłuższego czasu poczuła, jak to jest, gdy się jest samotnym. Nie było przy niej nikogo. Nick wrócił do wojska. Miała tylko siebie i swoją pasję. Udała się do stajni, do boksu Imbira. Leżał sobie na miękkiej i czystej ściółce. Oparła się głową o jego kłąb i wtuliła w niego. Koń pogładził ją pyskiem po głowie. Juliet przymknęła oczy i zasnęła.
Śniła o dziwnych rzeczach. Już od kilku nocy miewała koszmary. Wszystko zaczynało ją przerastać. Zmęczenie, samotność i kolejna mierna ze sprawdzianu. Świadomość, że nie ma przy niej Nicka, pewność, że walczy gdzieś na froncie napawała ją przerażeniem. Minęły trzy dni, kiedy dostała od niego list. Za długo się nie odzywał. Dopiero teraz wiedziała, jak może czuć się matka martwiąca się o swoje dziecko. We śnie słyszała te wystrzały w obozie. Widziała te okropne baraki i zakopywanie dziur przez wychudzone kobiety. Swoją ucieczkę bez magicznego zakończenia. W jej śnie nie nadeszło wybawienie i nie pojawił się Aslan. Nie ryknął i nie zabrał jej. W jej śnie nie było żadnej magii. Gwałtownie podniosła głowę i rozejrzała się dookoła.
-Na szczęście tylko sen – powiedziała sama do siebie i jeszcze mocniej wtuliła w Imbira.
Potrzebowała wsparcia. Potrzebowała czyjejś troski. Potrzebowała szczerej rozmowy z kimś bliskim. Wzięła zimny prysznic i doprowadziła się do porządku. Ubrała się ładniej niż zwykle. Nawet pomalowała usta szminką, by dodać sobie pewności siebie. Nie pomogło. Związała włosy w kok, a a głowę założyła czarny damski cylinder. Chyba pierwszy raz od dłuższego czasu stwierdziła, że nie jest już beztroską nastolatką. Osiodłała Imbira i kłusem ruszyła w kierunku domu Rose. Przypadkowi ludzie spoglądali na nią. Powierzchownie nie wyglądała na tak zagubioną i rozchwianą. Wręcz przeciwnie, prezentowała się doskonale. Sprzeczności są przecież takie skomplikowane. Już od jakiegoś czasu czuła, że jest wyjątkowo niepozbierana. Rozkojarzona. W szkole słuchała na lekcjach, jednak nic do niej nie docierało. Dziwne uczucie. W miejscu, gdzie dotychczas spokojnie pracowało jej kobiece serce teraz czuła, jakby wszystko było obce. Nie stąd. Jakby w ogóle tu nie pasowała. Jak gdyby była eksponatem w nieistniejącym muzeum magii. Tutaj wszystko szare. Nie potrafiła zapomnieć. Wszystko to, na co pracowała dwa lata się posypało. Cała dyscyplina i siła psychiczna wyparowały. Wiedziała, że jest słaba. Mijała dyliżansy i samochody. Ludzie sprzedający gazety, wata cukrowa, dzieci, radość, a Nicka brak.
Wreszcie dojechała w zaciszną dzielnicę, w której mieszkała Rose. Tak tu ładnie – pomyślała, a za chwilę skarciła się w duchu za tę głupotę. Przecież tu było tak zwyczajnie. Nijak. Niemagicznie i szaro. Imbir parsknął żwawo, a ona poklepała go po masywnej szyi. Pomimo tego, że nie potrafił mówić, był czymś w rodzaju kawałka Narnii w tym mocno pokręconym świecie. Przejechała obok kilku małych domków i obok tych większych. Spokój przerywany melodią słabo szumiących drzew nie czynił wcale żadnej magii. Zatrzymała się przed dość starą furtką i zsiadła z konia. Na tle domu z czerwonego pustaka od razu dostrzegła Rose wieszającą pranie, która usłyszawszy rżenie Imbira gwałtownie odwróciła się do tyłu upuszczając prześcieradło na zadbaną soczystą trawę. Uśmiechnęła się na widok Juliet.
-Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? - krzyknęła i machnęła ręką, dając tym samym znak, żeby dziewczyna podeszła bliżej.
-Tak sobie – Juliet posłała jej delikatny uśmiech.
-Przechodź, puść Imbira na trawę, bo i tak miałam ją przyciąć, a tak nie muszę. Ale wyglądasz. Co to za okazja? No, no. Prawie jak nie Juliet, spod tego kapelusza – zauważyła od razu. Zbliżyła się do czarnowłosej, zdjęła cylinder z jej głowy i założyła na swoją – Ale elegancja! - zachichotała cicho – Tylko gdzie się podział uśmiech, po braciszku?
-Hm... - zamyśliła się Juliet.
-No wyduś to wreszcie! - wykrzyknęła odstawiając pustą miskę na ganek.
-No bo... Rose, to wszystko jest takie trudne. I ja czasami po prostu już nie mogę, czuję się zmęczona, pomimo tego, że nie robię wcale nic takiego. Wszystko się sypie i chyba tracę wszystkie siły witalne... - wycedziła z trudem, przewracając palcat w ręku.
Rose poprawiła okulary, które zjechały z jej nosa. Zastanowiła się chwilę, jak to ona. Usiadła na drewnianym stoliku, który stał zaraz obok. Uniosła do góry jedną brew i znowu popatrzyła na Juliet zza swoich czarnych oprawek.
-Chodzi ci o Nicholasa? - zapytała.
-O niego i nie o niego. Ja już po prostu sama nie daję sobie rady z tym wszystkim – panna Shirley usiadła obok przyjaciółki i położyła palcat na swoje kolana.
-Juliet, przecież nie jesteś do cholery z kamienia – powiedziała poprawiając jej kołnierz – Ja też wiele razy odczuwam brak mojego ojca, nie raz płaczę, patrząc w sufit.
-Ale nie jesteś sama. Ja jestem całkiem sama i jeszcze...i...nie ważne.
Szatynka dokładnie zbadała ją wzrokiem. Zauważyła, że chciała powiedzieć coś jeszcze, ale najwyraźniej zrezygnowała. Juliet wiedziała, że tego, choćby nawet bardzo chciała, wykrztusić nie może. Prawda. Od paru dni była kłębkiem nerwów. Jej świat leżał w nieładzie, a to, co kiedyś było murem, zostało tylko nic nieznaczącą kupą gruzów. Bała się, że już tego nie pozbiera. Nick, Daniel, praca, szkoła, Piotr... Poczuła rękę Rose na swoim ramieniu.
-Masz nas, Juliet. Nick, prawda, pojechał, ale wróci. Nie może zobaczyć, że jesteś w takim stanie, bo nie wybaczy sobie wtedy, że cię tutaj zostawił. Musisz po prostu wziąć się w garść, jesteś silna, wiem. Może tego nie widać, ale jesteś.
-Tak..może.
-No to już – uśmiechnęła się dziewczyna i podniosła z miejsca – przyniosę koc, chodź, weźmiemy coś do jedzenia – zleciła otwierając małe drewniane drzwi do domu.
Jak postanowiły, tak zrobiły. Co, jak co, ale pierniki upieczone przez Rose były dobre na wszystko. Nikt nigdy nie wiedział, jak ona to robi. Nikt nie umiał tego powtórzyć, nawet mając ten sam przepis. Juliet bez większych wyrzutów sumienia zepsuła wytwornego koka, a wiatr rozwiał delikatnie jej krucze loki. Uśmiechnęła się delikatnie i usiadła na kocu obok Rose. Biła się ze sobą, jak zwykle. Chyba nie do końca potrafiła normalnie rozmawiać z ludźmi. Chyba nie miała z nimi o czym dyskutować. Chyba nie chciała dzielić się swoimi problemami. Wolała to dusić w sobie, choćby nie wiadomo jak było jej ciężko. Od czasu do czasu mogła coś powiedzieć, ale tylko wtedy, gdy czuła, że jest na dnie. Tylko wtedy, gdy czuła, że upadła i nie potrafi się podnieść. Znów odpłynęła. Rose spoglądała na nią nieco dziwnie, ale nic nie mówiła. Czuła, że Juliet potrzebuje chwili spokoju. Czuła, że prowadzi jakiś monolog wewnętrzny. Zawsze ją to dziwiło, dlaczego ktoś taki jak Juliet, nie umie odnaleźć się wśród ludzi. Nie miała pojęcia, czy zmieniła ją wojna, czy jakaś inna siła, o której nie wiedziała absolutnie nic. Ale na pewno, ale to na pewno, nie podejrzewała, że to błądzenie pomiędzy dwoma światami działa jak ogłupiający eliksir. Ona nawet nie miała pojęcia, że istnieją jakieś dwa światy. Od zawsze była realistką i nigdy nie pozwalała sobie na zbyt śmiałe marzenia. Nigdy nie uciekała do cudownych krain, w których nie ma bólu, strachu i zła. Tak było wygodniej. Zawsze mogła się skupić na tym, co miała zrobić. Nic jej nie przeszkadzało, a Juliet była wręcz nieobecna. Nawet przed wyjazdem Nicka. Czarnowłosa mrugnęła dość wesoło okiem. Chyba skończyła myśleć. Cisza jednak potrafiła wyleczyć człowieka. Parę bezczynnych minut mogło przeszkadzać, ale mogło też pomagać w porządkowaniu własnych myśli.
-Ładnie tu u was w Finchley, spokojniej niż u mnie – odezwała się Juliet.
-Tak, lubię tu przebywać. Wolę to, niż centrum miasta, zatłoczone ulice i tych wszystkich ludzi. Jestem typem samotnika – stwierdziła Rose i spojrzała na Imbira, który zapewne był zachwycony smakiem wypielęgnowanej tej trawy.
-Przyczepię go tam, bo mi się przeje – zaśmiała się niebieskooka, wstając z zielonego koca w żółtą kratkę. Sierść Imbira lśniła w słońcu, a jego oczy mówiły, że jest szczęśliwy. Dziewczyna poklepała go po łopatce i przywiązała z dala od trawy.
-Daj mu żyć, niech korzysta, nie będę musiała przycinać trawy!
-A zaciągniesz mi tego łakomczucha potem do domu? - zapytała Juliet i wzięła z miski pierniczek w kształcie listka – Rose...
-Tak?
-Czy ty byłaś kiedyś zakochana?
-Nie, raczej nie. A co to za dziwne pytanie?
-Przestań, nie jestem kosmitką... - wykręciła się - Ja tylko chciałam wiedzieć.
-Kryje się za tym nazwisko Scott? - szatynka posłała przyjaciółce przenikliwy uśmiech i zagarnęła swoje włosy za ucho. Juliet poczuła się głupio.
Teraz była na siebie zła. Za to pytanie. Poczuła w sercu coś w rodzaju ucisku. Nie, przecież nie chodziło o Daniela. Odniosła wrażenie, że w każdej dziedzinie życia jest jakaś wybrakowana. Odniosła wrażenie, że jest tchórzem, cholernym tchórzem. Pragnęła uciec od wszystkiego, a tymczasem komplikacjom nie było końca. Dobijały ją te ciągi przyczynowo-skutkowe. I jeszcze Piotr. Dlaczego nie potrafiła się do niego zbliżyć? Dlaczego, pomimo tego uczucia, którym go darzyła nie chciała zrobić tego decydującego kroku? Dlaczego on tego nie chciał? A może chciał? W takim razie, dlaczego obojgu brakowało słów?
-Ale ty uparta! - wykrzyknęła Rose i potargała włosy przyjaciółki – Rozchmurz się!
**
Piotr siedział w swoim pokoju i czytał książkę. Nie interesował go żaden inny świat, poza lekturą. Chciał choć na chwilę zapomnieć o tym, co zdarzyło się przed kilkoma dniami, ale nie potrafił. Coś dziwnego ciągnęło go w miejsce, w którym jego siostra uczyła się woltyżerki. Myśli dotyczące Juliet prześladowały go, niczym uparta zjawa. Jego męskie serce ponownie cierpiało. Czuł strach i rozczarowanie, może zawód. Nie potrafił nawet porozmawiać z tą kobietą, którą poznał, gdy była jeszcze dziewczyną. Prawie nic się nie zmieniła. W pokoju panowała idealna cisza. Nagle jednak zza uchylonego okna do uszu Piotra dobiegł donośny śmiech jego sąsiadki – Rose. Z ciekawości podniósł do góry firankę i wyjrzał. To co zobaczył, wstrząsnęło nim jeszcze bardziej, niż fakt, że Rose potrafi śmiać się na głos i głupkowato wrzeszczeć. Zawsze myślał, że jest bardzo poważną osobą. Zaraz obok jego koleżanki stała ta, przez którą nie mógł normalnie funkcjonować. Juliet Shirley we własnej osobie. Teraz był zły, że nie zauważył jej wcześniej, gdy tu przyjeżdżała. Przecież to zaledwie kilkanaście metrów... Wielki Król, a raczej Piotr Pevensie stwierdził, że gramatyka tłumaczy zagadki życia. Człowiek to rzeczownik, a rzeczownikiem rządzą przypadki.
Wyglądała jakoś inaczej. Może doroślej. Nie wiedział dokładnie, ale coś sprawiało, że mógł patrzeć cały czas. Zamknął więc książkę, zapominając o zakładce i przytknął nos do szyby. Była taka urocza. Uśmiechnięta i wesoła. Co chwilę co jego uszu dolatywał jej głos. Nie miał w sobie już tak wiele z dziecinności. Brzmiał poważniej. Nie potrafił oderwać oka. Nie zauważył nawet Łucji, która otworzyła drzwi do jego pokoju i wsunęła głowę przez szparę.
Dziewczyna widziała, co dzieje się z Piotrem. Zaniepokoiło ją to.
PS:Jak wy jeszcze ze mną wytrzymujecie?!